Każdy od czegoś zaczyna. Do każdego w życiu przychodzi taki moment, w którym odkrywa siebie i swoją pasję. Ze mną nie było inaczej. Jednak nie było też tak łatwo.

Ze sportem zawsze byłam związana. W podstawówce chodziłam na akrobatykę, jeździłam na zawody, zdobywałam medale. Była to jak dla mnie najlepsza forma aktywności fizycznej, która do dzisiaj w pewnym stopniu mi się udziela. Brałam też udział w różnych zawodach międzyszkolnych, jak bieganie na czas czy sztafeta. A potem przyszedł czas na gimnazjum, czyli dla mnie czas nadwagi i pierwszych niedoskonałości na ciele. A co robi zakompleksiona, puszysta nastolatka? Szuka pomocy w internecie. „jak najszybciej schudnąć”, „dieta 1000 kcal”, „ćwiczenia na płaski brzuch i nogi”-założę się, że i wam coś mówią te hasła. Tak też magicznym sposobem z 56 kg schudłam do 41, co dla organizmu było ogromnym szokiem. „Magicznym sposobem” było nie jedzenie po godzinie 18tej, wylewanie z siebie ostatnich potów na stepperze, rowerze czy rolkach, unikanie wszystkiego co słodkie i tłuste-jednym słowem GŁODÓWKA. Zaburzenia odżywiania? Ta, to również znany mi termin. Wypadające włosy, brak miesiączki, sucha skóra, zero energii i chęci do życia.. a co najgorsze, wciąż nie pozbyłam się kompleksów. Ważąc tak niewiele ciągle byłam niezadowolona ze swojego wyglądu. Tu uda były wciąż za duże, tu mała fałdka wyskakiwała na brzuchu podczas siedzenia. Nie mając pojęcia, że metabolizm stoi w miejscu, kombinowałam na wszelkie sposoby jak spalić ten cholerny tłuszcz. Zwiększoną aktywnością fizyczną i jedzeniem głownie warzyw niczego nie załatwiłam, płaczem również. To była choroba. I to nadal jest choroba, w którą popada wiele młodych dziewczyn. Na szczęście mama zareagowała i w ostatniej chwili zaprowadziła mnie do lekarki, która nie szczędziła sobie słów i ostro przemówiła do rozsądku. Niestety jej słowa wzięłam sobie za bardzo do serca, albo raczej do żołądka, bo bardzo szybko po wizycie wróciłam do starej wagi. Co za tym idzie – znów szukałam cudownych diet. Błędne koło, tyłam-chudłam-tyłam..

 

Ćwiczenia z obciążeniem odkryłam przy wadze 45 kg. Były świetną odskocznią od machania nogami na dywanie. Od razu ukradłam bratu z piwnicy hantle, a po jakimś czasie przytargałam jeszcze sztangę i ławeczkę. Pod choinkę poprosiłam Świętego Mikołaja o kettlebel, nowy stepper i drążek.  Od tamtego czasu każdy potykał się w moim pokoju o talerze do sztangi i uderzał na wejściu głową w drążek. Treningi w domu szły dobrze, załapałam podstawy, zbudowałam troszkę mięśnia. Musiałam jednak kiedyś wyjść z zawalonych sprzętem czterech ścian i skosztować przerzucania żelastwa na siłowni. Jak prawie każda dziewczyna zaczynająca swoją przygodę z siłownią nie wiedziałam od czego zacząć, więc zaczęłam od konsultacji z trenerem personalnym. Wiele się dzięki niemu nauczyłam, oswoiłam się ze sprzętem a przede wszystkim z myślą, że wśród facetów na mojej siłowni byłam chyba jedyną dziewczyną, która łapała za ciężary. Szybko jednak zrezygnowałam z trenera, ponieważ zaczęłam przejmować stery na treningach, a przez to, że zaczęłam sama poszerzać wiedzę w tym zakresie, miałam wiele zastrzeżeń co do jego wskazówek żywieniowych. Chciałam lepiej poznać swój organizm, dlatego stałam się dla siebie własnym trenerem i dietetykiem. I to był strzał w dziesiątkę! Odkryłam swoją pasję i wiedziałam już, co chce robić w życiu.

Korzystając ze zdobytej wiedzy tworzyłam dla siebie plany treningowe oraz rozkładałam makroskładniki. Poznałam swój organizm niemal na wylot. Świetna sprawa bawić się dietą, obserwować reakcje organizmu na różne proporcje białka, węgli i tłuszczy. Eliminując niektóre produkty z menu również zaobserwowałam w nim spore zmiany (ale o tym w kolejnych postach). Siłownia stała się moim drugim domem, treningi do dzisiaj dają zastrzyk pozytywnej energii, a w połączeniu ze zbilansowaną dietą potrafią czynić cuda.

Walka z kompleksami, zbędnymi kilogramami i wiecznym niezadowoleniem z własnego wyglądu stała się frajdą, ogromną zajawką! Plusem tego wszystkiego nie jest jedynie zbudowanie wymarzonej sylwetki. Plusów jest mnóstwo, jak na przykład to, że poznałam wielu takich fit świrów jak ja. Ludzi, którzy prowadzą taki sam styl życia. Ludzi, którzy są wiecznie uśmiechnięci, zmotywowani i zdeterminowani. Poznałam Patryka, a wspólna pasja dała nam właśnie to, czego wielu związkom brakuje. Nie wyobrażam sobie teraz, żeby żyć inaczej.